Skąd się brać cierpliwość?

cierpliwa mama

Cierpliwość nie jako cecha, lecz doświadczenie

Cierpliwość nie jest rzeczą, którą się ma albo się ją traci. Nie leży w szufladzie z napisem „zasoby osobiste”, z której można ją wyjąć w razie potrzeby. „Była tu, ale, o, gdzieś mi zginęła po drodze” – to raczej opis subiektywnego doświadczenia niż faktycznej straty. Cierpliwość jest stanem umysłu, który nam się przydarza. Pojawia się i znika, zależnie od warunków wewnętrznych i zewnętrznych.

Gdyby była w pełni zależna od woli, moglibyśmy ją po prostu uruchamiać. Zachować ją wtedy, gdy uznamy to za stosowne, i wyłączyć, gdy przestanie być potrzebna. W praktyce jednak cierpliwość rzadko poddaje się takiej kontroli. Co więcej, najczęściej znika właśnie wtedy, gdy najbardziej by się przydała.

Kiedy cierpliwość staje się szczególnie potrzebna

Szczególnym polem próby dla cierpliwości są relacje z dziećmi – małymi ludźmi, którzy dopiero uczą się rozumieć świat, siebie i innych. Z niemowlęciem, które komunikuje się krzykiem. Z dwulatkiem, który chce „sam” i „teraz”. Z nastolatkiem, którego zdolności samokontroli i przewidywania konsekwencji nie osiągnęły jeszcze poziomu dorosłego umysłu.

W takich sytuacjach łatwo pojawia się myśl, że powinniśmy być cierpliwi. Że to nasz obowiązek, rola, standard. Paradoks polega na tym, że im silniejsze to „powinienem”, tym trudniej o rzeczywistą cierpliwość. Zamiast niej pojawia się napięcie, zaciskanie zębów i czekanie, aż „to się wreszcie skończy”.

Cierpliwość a pojemność psychiczna

Z perspektywy psychologicznej cierpliwość można rozumieć jako efekt wystarczającej pojemności psychicznej. Jest możliwa wtedy, gdy umysł nie jest przeciążony, gdy napięcie nie przekracza pewnego progu, a emocje – choć obecne – są do zniesienia. Kiedy mamy w sobie miejsce na to, co się wydarza, bez potrzeby natychmiastowego działania, naprawiania czy uciszania.

Gdy tej pojemności brakuje, cierpliwość nie tyle „znika”, ile staje się niemożliwa. Każdy kolejny bodziec, pytanie, płacz czy sprzeciw dziecka trafia w obszar już przepełniony. Reakcja staje się szybka, impulsywna, często bardziej związana z naszym stanem niż z realną sytuacją.

Czas, który nie pogania

Cierpliwość ma ścisły związek z doświadczeniem czasu. Pojawia się wtedy, gdy czas przestaje być wrogiem. Gdy nie czujemy, że coś nas goni, że jesteśmy spóźnieni – nie tylko dosłownie, ale i wewnętrznie. W stanie cierpliwości czas jakby się rozszerza. Jest go „dość”, by coś mogło potoczyć się we własnym rytmie.

Dzieci funkcjonują w innym czasie niż dorośli. Ich tempo rzadko współgra z kalendarzem, planem dnia czy listą zadań. Cierpliwość bywa więc efektem chwilowego dostrojenia się do tego innego rytmu – zgody na to, że teraz sprawy nie potoczą się tak szybko, jak byśmy chcieli.

Cierpliwość jako efekt zrozumienia

Cierpliwość łatwiej się pojawia, gdy rozumiemy, dlaczego ktoś zachowuje się w określony sposób. Gdy płacz dwulatka przestaje być „robieniem na złość”, a staje się sygnałem przeciążenia. Gdy opór nastolatka przestaje być osobistym atakiem, a zaczyna być próbą obrony autonomii.

Zrozumienie nie oznacza zgody na wszystko ani rezygnacji z granic. Oznacza raczej, że reakcja dorosłego wypływa z sensu, a nie z bezradności. Tam, gdzie pojawia się sens, często pojawia się też większa tolerancja na trudność.

Kiedy cierpliwość się nie pojawia

Warto zauważyć, że brak cierpliwości nie jest dowodem porażki wychowawczej ani osobistej słabości. Często jest sygnałem zmęczenia, przeciążenia lub braku wsparcia. Umysł, który sam nie jest „zaopiekowany”, ma ograniczoną zdolność do regulowania innych.

W tym sensie cierpliwość wobec dziecka zaczyna się od pewnej dozy cierpliwości wobec siebie. Od uznania własnych granic i faktu, że dorosły również bywa istotą niedoskonałą, reagującą emocjonalnie, a nie tylko racjonalnie.

Zamiast zakończenia

Cierpliwość nie rodzi się z wysiłku woli ani z moralnego nakazu. Pojawia się tam, gdzie jest przestrzeń: w umyśle, w czasie, w relacji. Jest raczej skutkiem ubocznym dobrego kontaktu – z samym sobą i z drugim człowiekiem – niż umiejętnością, którą można opanować raz na zawsze.

I być może właśnie dlatego tak trudno ją „mieć”, a jednocześnie tak łatwo rozpoznać moment, w którym nagle jest – cicha, nienarzucająca się, pozwalająca rzeczom dziać się trochę wolniej, niż podpowiada pośpiech.

Zostaw komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Koszyk
Przewijanie do góry